Praca lekarza wymaga wielkiej odpowiedzialności za ludzkie życie, podejmowania najtrudniejszych decyzji, których skutki mogą być nieodwracalne. Każdego dnia traktuję ją jak wielkie wyzwanie i nie każdy dzień przynosi wygraną. Dlatego mam największą satysfakcją, gdy pacjent, który miał niewielkie szanse na przeżycie- zdrowieje. To jak wygrana w wielkiej wojnie o istnienie.

Łączy wybitną działalność naukową z praktyką lekarską. Genialny diagnosta, fantastyczny przy operacyjnym stole. „Wizjoner i pragmatyk” – mówią o nim koledzy. Pacjenci: że to lekarz z więcej niż powołania, bo z miłości do tego zawodu. To jego największa pasja i przeznaczenie, któremu poświęcił życie. Konkretny, serdeczny, dowcipny, najlepszy fachowiec – piszą o nim pacjenci.

Przełomowy w mojej pracy okazał się dzień, w którym zdecydowałam się na pracę w hospicjum. Od 16 lat pracuję z ciężko chorymi, którzy wymagają całościowej diagnostyki i holistycznej pomocy. Ale ważna jest także empatia, brak dystansu, ciepło. Udało nam się zbudować wspaniały zespół, który wprowadza przyjazną atmosferę i dla którego najważniejsi są pacjenci.  

Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym robić w życiu coś innego. Pracuję od 30 lat i od zawsze starałam się tak traktować swoich pacjentów, jak sama chciałabym być traktowana, będąc na ich miejscu. Dziś w ich zachowaniach jest dużo więcej nerwowości, co wynika z ogólnego chaosu w służbie zdrowia. Wiem jednak, że wciąż najwięcej zależy od naszego do nich podejścia, umiejętności zrozumienia ich sytuacji.

Od tego czy wzbudzę zaufanie pacjenta i czy on będzie ze mną szczerze rozmawiał, zależy trafność diagnozy. Dlatego w swojej pracy najbardziej cenię rozmowy z ludźmi. Staram się stworzyć taką atmosferę, by pacjenci nie bali się mówić. Co ciekawe, w młodości marzyłem, by zostać ichtiologiem i zajmować się rybami, które przecież – jak wiemy – głosu nie mają.

Pracuję z osobami, które mają kłopot z alkoholem, narkotykami, hazardem. Co miesiąc jeżdżę na spotkanie z ludźmi, którzy wyszli z nałogu. Największą radością jest dla mnie widzieć, że wychodzą z nałogu. Mają domy, dzieci, że dostali pracę, wrócili na studia, robią doktorat. Kiedy widzę, że się odnaleźli się w życiu. Czuję wówczas, że to, co robię, ma sens.

Zajmuję się chorobami rzadkimi, one wymagają specyficznego podejścia do pacjentów. Większości z nich towarzyszę przez wiele lat, bardzo się zżywamy. Ta dziedzina wymaga holistycznego podejścia do człowieka, nie traktowania go jak zbioru organów, z których każdy powinien być leczony przez innego specjalistę. Dla swoich pacjentów staram się być po prostu najlepszym lekarzem.

W liceum trafiłam na książkę o tym, jak zdradliwe są nowotwory i jak często jesteśmy wobec nich bezsilni. Postanowiłam, że zostanę onkologiem, bo chcę się zmierzyć z rakiem i być przy ludziach, którzy się z nim zmagają. Czasem jedyne, co mogę zrobić to ulżyć w cierpieniu, ale zdarza się, że pacjenci wracają do zdrowia. Zawsze staram się wierzyć w szczęśliwy finał i tą wiarę dawać chorym.

Wybrałam neurologię na swoją specjalizację, bo jest tak ciekawa i pełna tajemnic. Zmusza do tego, aby wciąż się uczyć, nieustannie rozwijać. Niemal każdego dnia zdarzają się trudne przypadki, które zmuszają do nowego podejścia. Ten zawód to dla mnie przede wszystkim odpowiedzialność za każdą decyzję. Wymaga dużo empatii, ale też uczy cierpliwości. Bardzo przydaje się w nim pokora.

W hospicjum nauczyłem się rzeczy, bez których nie byłbym dobrym lekarzem. Tak podstawowych jak pobieranie krwi, ale także rozmowa z chorym. Nauczyłem się cierpliwości, planowania czasu pod kątem chorego. Wiem jak ważne jest, co on czuje, jak ocenia swoje życie. Zawsze musi być moment pochylenia się nie tylko nad historią choroby, ale także nad historią życia.